Zaznacz stronę

Kiedy trzeba użyć Ewangelii przeciw rozwodnikom, homoseksualistom i lewakom to bardzo łatwo przychodzi nam znaleźć cytat i powiedzieć: trzeba brać Słowo dosłownie, radykalnie, bez żadnych obostrzeń.

Kiedy Ewangelia powinna być dla nas inspiracją do przekraczania siebie (Kazanie na Górze), do kochania nieprzyjaciół, przyjmowania ubogich (choćby uchodźców), to łatwo nam znajdować nasze – ludzkie interpretacje, które usprawiedliwiają nasze lęki i obronę naszego świata.

To właśnie rozwala chrześcijaństwo najbardziej: my znamy Ewangelię, ale nie po to, by nią żyć, ale by przy pomocy niej pozbawiać życia innych.

Kiedyś przyszliśmy do świata, posłani przez Jezusa, z ofertą Ewangelii – byliśmy zdolni głosić nadzieję, że zło, w której wplątuje się człowiek przez swoje wybory, nie jest ostatnim słowem. Później poczuliśmy siłę, weszliśmy w buty religii, co dało nam poczucie władzy. Zaczęliśmy rządzić ludzkimi sercami, oferta stała się przymusem, a my ze świadków staliśmy się strażnikami.

Dziś trudno już wrócić do tego pierwotnego powiewu świeżości Ewangelii. Dziś nie da się już zastraszyć ludzi. Dziś już nie działają kolorowe stroje, piękne malowidła, bogate naczynia liturgiczne i otoczka splendoru. To wszystko ludzie mają na co dzień, wchodzą do sklepu (mając trochę pieniędzy) i wszystko to są w stanie kupić w jednym kliknięciem na Allegro.

Jedyne, co dziś działa to służba. To umiejętność zaparcia się siebie i takie życie, które mówi: twoje życie jest cenne tak jak moje, ale jestem w stanie zrezygnować ze swojego, byś ty mógł żyć. Jedyne, co dziś działa to przekraczanie siebie, ale nie wyczynowych wynikach, ale w swoim egoizmie. Czyli odpowiadanie miłością na nienawiść.

Kolejne zaciśnięte pięści w stronę wrogów, kolejny protest i wojna w imię Boga i prawdy, nie sprawią, że świat stanie się bardziej chrześcijański. Te wszystkie zabiegi dają tylko złudne poczucie siły, tym którzy przez chrzest mieli stać się słabi. Chrześcijanin to nie jest usankcjonowany słabeusz, ale to człowiek, który wie, że mógłby zabijać, ale tego nie robi, bo wybrał naśladowanie Mistrza.

Świat to jest przestrzeń do kochania drugiego, nie do walki z nim. Być w Kościele katolickim to być otwartym, a nie jeszcze jednym strażnikiem starego kufra na strychu. Być katolikiem to być otwartym na innego, a otwartość to nie jest tania tolerancja wszystkiego, ale ukochanie człowieka każdego – z każdą jego wadą i grzechem, nie dlatego, że jestem takim wspaniałym humanistą, ale dlatego, że Bóg go ukochał takiego i za takiego poszedł na śmierć. Kochać drugiego grzesznika to nie jest akt bohaterskości, ale mój psi obowiązek naśladowania Pana.

Trudna ta mowa.