Zaznacz stronę

Ewangelia to dobra nowina, a więc taka, która z założenia powinna sprawiać, że nasze serce rośnie, że na nowo się nam chce. I tak jest. Kiedy zadajemy sobie trud wgryzania się w Słowo, w trud słuchania. Jednak, co jakiś czas w Ewangelii pojawiają się trudne słowa. Jak choćby dziś – zapowiadające mękę i śmierć. Jezus nie mówi tych słów by straszyć, by nam przypominać ciągle o krzyżu. Nie. Tymi przypomnieniami jakby przestawiał wykolejony tramwaj na tory, z powrotem. Mówiąc, że nasze życie nie może być czymś, co jest kolejnym odcinkiem serialu, ale ma być konkretną walką o jakość i cel naszej wędrówki.

W Ewangelii, uczniowie jakby nie chcieli usłyszeć kolejnej zapowiedzi męki. Zajmują się czymś innym. Wymyślają sobie sztuczny problem. Myślą o karierze. Mają idealne warunki, by się czegoś nauczyć. Mają Jezusa blisko, na osobności, nikt im nie przeszkadza, a jednak zamiast posłuchać, co ma im do powiedzenia, nie słuchają. Nie rozumieją i nie pytają.

No właśnie, ile razy jest tak z nami? Że mamy jakieś przeczucie, że powinniśmy usiąść i z Panem się spotkać. Nasze serce nas do tego wzywa, może ktoś podpowie, sytuacja życiowa nas zmusza, a jednak nie siadamy i nie rozmawiamy z Nim. I choć niewiele rozumiemy, to jednak wolimy odejść w jakieś nieistotne dywagacje, bo czujemy, że gdybyśmy się zajęli tym, o czym On nam mówi, tym, od czego podświadomie uciekamy, to mogłoby się coś w naszym życiu zmienić. Coś, co może dziś jest dość wygodne.

Tak już jest, że logika uniżenia, krzyża, a więc przyjmowania także tego, co jest trudne, są przestrzeniami, przed którymi uciekamy. I kiedy apostołowie zostają sami, kiedy my zostajemy sami, z naszymi teoriami, zaczyna się wszystko psuć. Apostołowie pokłócili się, ich relacje zostały zachwiane przez zwykłą kłótnię o stołki, a więc kto jest najważniejszy, czyje ego ma być najbardziej zaspokojone, kto ma największą rację. Kiedy zostajemy sami z tą niechęcią usłyszenia tego, co trudne, zaczyna się wszystko w nas rozwalać, zaczynamy innych naciągać na nasz sposób życia. Kiedy Pan Bóg przestaje być punktem odniesienia w moim życiu, a staje się nim moje ego, wtedy zaczynamy odczuwać niepokój.

Nie mam żadnego dowodu na to, że kiedy Bóg jest w centrum, to wszystko zaczyna być OK. Nie mam. Po pierwsze, Bóg w centrum nie sprawia, że życie jest łatwiejsze, a tego moglibyśmy oczekiwać, po drugie – trzeba po prostu spróbować i się przekonać. Jednak kiedy On staje na swoim – centralnym – miejscu, wtedy wszystko zaczyna mieć inne znaczenie, mamy większy dystans i do siebie, i do wydarzeń, ludzi i spraw. I widać to na przykładzie tych samych apostołów, po latach, kiedy potrafili oddawać życie za Jezusa, ci sami, którzy dziś kłócą się o stołki, a więc o swoją chwałę.

Ewangelia jest prosta. Niektórzy próbują powiedzieć, że jest pełna dziwnych zakazów, nakazów i praw. Tymczasem to, czego się w niej boimy, to właśnie to dzisiejsze zdanie. Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich! Bo przecież któż z nas nie chce być obsługiwany, pierwszy? Św. Jakub to potwierdza. Nasze żądze – to, co ciągle nas pochłania, sprawiają, że nie skupiamy się na Nim, tylko na sobie. Nawet w naszej modlitwie próbujemy często Boga sprowadzić do roli czarodzieja, który ma zaspokajać nasze potrzeby, nawet te najbardziej szlachetne, pobożne, ale ciągle ustawiane pod nas, według naszego widzimisię.

Może warto dziś zaryzykować powiedzenie Mu: Panie chcę iść drogą Twojej logiki, nawet jeśli miałoby to mnie boleć? Może warto dziś, znów, drogie Panie zapragnąć odkrycia własnego piękna, odkrycia Waszej przygody? Może warto drodzy Panowie znów pójść na wojnę, zapragnąć dzikości, która popcha nas do rzeczy innych niż nasz wyuczony schemacik?

Po to ostre i trudne słowa dziś, byśmy wrócili do konkretnej jakości, a nie szli drogą bylejakości, byśmy znów zapragnęli, byśmy znów otworzyli się na propozycję Jezusa, która zawsze jest poprzedzona słowami jeśli chcesz…

SŁOWO