Zaznacz stronę

Nie spotkało mnie w życiu chyba nic ciekawszego jak duchowość Ignacego. Ona nie tylko uczy mnie wolności (również w wierze), ale także pokazuje nieustannie, że Bóg jest zakochany w człowieku. Powiedziałbym jest wpatrzony w człowieka tak bardzo, jak człowiek nigdy w Niego się nie wpatrywał. Bóg w tej opowieści jest Twórcą znającym wszystkie szczegóły, a więc widzącym i blaski i cienie swojego dzieła, nie jest to wiedza, która ma na celu „szukanie haka” na niedoskonałe dzieło, ale wyprzedzanie o jeden krok, by zaradzać biedom. Ta świadomość nie jest we mnie tylko dla mojego komfortu i poczucia wyższości, ale – przede wszystkim – po to, by innym przypominać bardzo fundamentalny komunikat: Bóg kocha cię bezwarunkowo i nie jest obrażonym starcem, który w swojej frustracji pośle cie do piekła za potknięcia, dlatego, że grzech człowieka nie jest dla Boga powodem do obrażania się, ale jeszcze większego działania na rzecz człowieka.

Tak rozumiem to, co nazywamy „dziełem zbawienia” – Bóg działa na rzecz człowieka, to Bóg „udowadnia” człowiekowi miłość, wyrywa człowieka z religijnego myślenia opartego na błędnej przesłance: człowiek jest po to, by udowodnić Bogu jak bardzo Go kocha. Dopiero człowiek, który przyjął ten fundament, może działać dla Boga, a dokładnie dla innych ludzi, w których Boga widzi.

Nie każdy jest katolikiem i też nie każdemu katolikowi udaje się żyć w stanie, który nazywamy w katechizmie łaską uświęcającą. Z różnych powodów. Wierze, że Kościół i sakramenty to najprostsza droga do Boga. Ale wierzę też, że nie jedyna. Jestem przekonany, że każda intuicja, którą człowiek (wierzący) ma, o swojej drodze do Boga, jeśli nie jest ona w punkcie startu samooszukiwaniem się, jest dobra. Bóg nas prowadzi różnymi drogami. Jasne, że są (jak wspomniałem) drogi proste: praktykowanie sakramentów, ale nie każdy może nimi iść. Wierzę, że to, iż nie każdy może z nich korzystać, nie sprawia iż Bóg nie przestaje się interesować takim człowiekiem i dalej jest dla Niego kochającym Ojcem. Dalej jest Tym, który wyprzedza człowieka o krok i dalej dla niego działa. Nie wierzę, że Bóg patrzy na ludzkość przez pryzmat sakramentalnej statystyki. Sakramenty są potrzebne nam, ale nie Bogu.

Ile razy my się katujemy z powodu złej modlitwy. Brakuje nam czasu, skupienia, inspiracji, nudzimy się, oskarżamy, że słowa „modlitw” uciekają nam, trudno się na nich skupić. Może warto (wiem, że to może zabrzmieć jak banał) spróbować się zacząć modlić swoim życiem – tym kim się jest i co się robi. Bóg to nie jest ktoś (tak wierzę), kto włącza się w momencie, w którym słyszy nasze „pobożne wierszyki”. On jest obecny w naszym życiu cały czas, w każdej chwili jest Bogiem Obecności. Modlitwę rozumiem (też) w ten sposób, że ja „włączam się” w tę Jego Obecność. Jak w obecność ukochanej osoby, której przecież nie ma ciągle ze mną fizycznie.

Duch w nas mieszka, dlatego trzeba się uczyć tego Ducha „wykorzystywać”, to znaczy żyć słuchając Jego nieskończonej ilości inspiracji w nas. Duch w nas to nie jest sufler, który ma przed sobą tekst konkretnej sztuki i trzyma się wyuczonego scenariusza. Duch Jezusa to Bóg, który jest nieskończony. Świadomość tego sprawia, że nasze serca i umysły się rozszerzają do życia w logice: to, co dziś się dzieje nie jest ostatnim słowem/możliwością w moim życiu.

Hej! Miej odwagę żyć Bogiem, nie (tylko) rytuałem.