Zaznacz stronę

JESTEM stał się Człowiekiem, by być z nami; dał nam Eucharystię – pokarm i obecność, a my w imię troski o Jego bezpieczeństwo, wyekspediowaliśmy Go do kasy pancernej. On chce być z nami, pośród nas, naszego codziennego życia, nie pobożnym eksponatem w muzeum, które nazywamy kościołem. Dlatego musimy z Nim zamieszkać, by był obecny, z Nim się modlić, spać, z Nim zaczynać i kończyć każdy dzień.

JESTEM – to najlepsze imię Boga, wszystkie inne są nieprecyzyjne, ułomne, projektują bardziej nasze nastroje, pragnienia i lęki. On JEST – w tym jest wszystko, choć słowo „wszystko” nie oddaje niczego. Ono próbuje zamknąć Tego, Który JEST do jakiegoś zbioru, każda taka próba kończy się jak patrzenie na pięknego motyla. W pewnym momencie chcesz go mieć, a on wtedy właśnie odlatuje.

Uczono mnie, że grzech jest zerwaniem więzi z Bogiem. Jednak nie da się zerwać więzi. Więź ma pochodzenie boskie, nie ludzkie. Ona jest niezrywalna. Nie da się zerwać czegoś, co jest czystą miłością Boga do człowieka. Grzech jest momentem upadku dziecka, rozwaleniem sobie kolana. Żadne dziecko tak naprawdę nie chce, by rodzica wtedy nie było. Choć może pojawić się myśl, że poradzę sobie sam, to tak naprawdę bardzo chcę być przytulony przez tatę lub mamę. Nawet jeśli dziecko nie ma tego doświadczenia, to jego serce za tym tęskni. Bóg przychodzi i mówi: nic się nie stało, pochuchamy, pocałujemy i będzie dobrze. Nie jest tak, że człowiek musi teraz się spiąć i naprawić winy, ale to Bóg przejmuje inicjatywę, bo jest mądrzejszy, bo bardziej kocha. Jedyne, co zostaje, to blizna na kolanie.

Jezus często mówił o oddawaniu swojego życia, by je później zyskać. Można swoje życie tracić również na modlitwie, która wtedy staje się czasem, w którym przestaje się liczyć to, co ja chcę, ale to, by On żył we mnie. Już nie ja mam żyć, ale On. Ja tracę swoje życie, by żyć mógł we mnie On, a zarazem zyskuję prawdziwe życie. Taki rodzaj modlitwy przestaje być frustrującym kręceniem się wokół swoich potrzeb i lęku o to, czy zostanę wysłuchany, czy modlę się wystarczająco dobrze. Te wszystkie dylematy przestają się liczyć w perspektywie oddawania swojego życia, by dostać Jego.

Siła, jej użycie – może i jest w pewnych kwestiach usprawiedliwione w naszym ludzkim świecie, ale nie w Bogu, On wybrał krzyż. Bezbronność. Budzi się w człowieku, w sytuacji trudnej poganin, który chce załatwić sprawy po swojemu, właśnie siłowo. Oczywiście człowiek taki musi zachować chrześcijańską twarz, dlatego dorabia teologię wojny.

Miłość to bycie, czyli obecność. Bóg nie oczekuje od nas niczego, On JEST i zaprasza do bycia z Nim, dla Niego to frajda, bo On się nami nigdy nie rozczarowuje. ON jest w nas zakochany, a więc nami oczarowany, nawet nasze słabości i grzechy widzi inaczej. Widzi je w Prawdzie, którą jest Jego Syn. I właśnie dlatego dał nam Biblię, ale i inne księgi. Nie by powiedzieć nam, co mamy robić, ale jaki On jest.

Bóg zakochany w człowieku nie chce być pierwszy czy na pierwszym miejscu. On nie jest kimś, komu można nalepić napis: priorytet. On chce nas całych, nie fragmentów naszego życia. Bóg wpatrzony w człowieka nie upokarza, nie wzbudza poczucia winy, nie szantażuje. Po tym, co wydarzyło się z Jezusem na Golgocie, takie zagrywki nie miałyby najmniejszego sensu.

Kiedy nie wybaczamy drugiemu człowiekowi, wtedy przeprowadzamy nad nim sąd, którego konsekwencją jest sąd nad Bogiem. Skoro Bóg jest początkiem wszystkiego, ostatecznie jest także początkiem tego, którego uważamy za niegodnego przebaczenia. Nie wybaczając drugiemu – wiążę swoje serce. Przebaczenie jest nieuwolnieniem nie tylko drugiego, ale siebie, jest daniem sobie zielonego światła, by pójść dalej, by nie siedzieć w ciemnej dziurze, która coraz bardziej pozbawia mnie człowieczeństwa. Gniew jest reakcją na zło, ale nie mogę pozwolić na to, by przerodził się w nieprzebaczenie.

Zdarza mi się, że pytam się siebie samego, czy to, co czynię, jest znaczące. Odpowiedź jest prosta: tak, to jest ważne, bo czyni to ktoś, kto jest znaczący wiele dla Ojca. I to Ojca, który staje się naszym sługą.

Ciekawe jest to, że chrześcijanie, którzy szczycą się tym, że zostali wyzwoleni z Prawa, prawem chcą zaprowadzić swój porządek w świecie, prawem chcą narzucić innym Boga, który jest Wolnością. Prawda jest taka, że chrześcijanin dla chrześcijanina może stać się przekleństwem, kimś, czymś, co zniewala, co nie daje wolności wzrostu i wolności do błądzenia. Sam Bóg to szanuje, nam to trudno przychodzi. I jasne, że w tym są dobre intencje – chcemy by świat miał, jak to nazywamy, „boży porządek”, ale jestem coraz bardziej przekonany, że my chrześcijanie nie wierzymy Bogu. Wierzymy sobie i swoim porządkom.

Wszystko pomieszaliśmy. Przykazania traktujemy jako wyznaczniki naszego bycia dobrym chrześcijaninem, odniesienia w naszych rachunkach sumienia, prawo, które nam mówi: już, albo jeszcze nie zgrzeszyłeś. Tymczasem one są obietnicą Boga. To jest to, co mówi Jezus, że Jego przyjaciele będą ich przestrzegać. Kto to jest przyjaciel? Czy nie ten, który wpatruje się w swojego Przyjaciela? Najpierw przyjaźń, patrzenie się na Niego (uczenie się Go), a z tego zrodzi się życie, w którym nie ma grzechu, a które opisują przykazania. Nie ma już Prawa, jest łaska, która prowadzi do Życia.

Łaska nie sprawia, że żyjemy bez grzechu, ale pozwala przemieniać grzech na drogę do Boga. Ostatecznie mój grzech jest drogą do Boga. Dzieje się tak dlatego, że u Niego nic się nie marnuje. To człowiek chce ciągle coś ze swojego życia wykrawać. A to właśnie grzech, a to zranienia, kompleksy, słabości. Bóg jest kimś, kto wszystko, co się wydarzyło, pomyślało, zapragnęło w sercu ludzkim (i nie tylko), wykorzystuje do tego, by człowieka przyciągnąć do siebie.

On jest tym, który JEST. A ja jestem tym, który ma być w Nim.

/tekst pochodzi z zeszłego roku, z moich rekolekcji w ciszy/

SŁOWO