Zaznacz stronę

Czasem może być tak, że nasza miłość do Boga bardzo nam już spowszechniała. Wczoraj jechaliśmy do marketu budowlanego z o. Przemkiem, i pamiętam, że jak wracaliśmy powiedziałem mu: Przemek, przeraża mnie to, że znów niedziela, znów kolejny tydzień za mną, taka codzienna, co tygodniowa rutyna. Kolejne dyżury w konfesjonale, spowiedzi, kazania, spotkania. Myślę, że macie podobnie. Praca, dom, rodzina, jakieś przyjemności, smutki.

Myślę, że wszyscy czasem mamy tak, że aby wyrwać się z tego przerażenia, sięgamy do wspomnień, do miłych obrazków związanych z tym, co dziś dla nas jest rutyną. Próbujemy się dokopać w naszej pamięci do tego sensu, który wiedzieliśmy w naszym wyborze na początku. Wyborze żony, dzieci, pracy, życia zakonnego.

Jesteśmy ludźmi, którzy starają się przestrzegać prawa, skoro tu przychodzimy – jesteśmy ludźmi, którym zależy na wejściu do Królestwa Bożego. A jednak jesteśmy często przerażeni uciekającym czasem, rutyną, tym, że nosimy w sercu myśl, że nie potrafię kochać siebie, bliźnich i Boga tak, jak kiedyś. Wielu z ans jest przerażonych, kiedy patrzy na swojego małżonka i dochodzi do wniosku, że już nie ma tej miłości i gorliwości, co na początku, ba, wielu przeraża świadomość tego, że ten, czy ta, na którego patrzę wydaje się być innym człowiekiem.

Zobaczcie, musimy zadać sobie dziś pytanie, jak to jest, że ciągle odchodzimy stąd zasmuceni i przerażeni. Jak człowiek z dzisiejszej Ewangelii?

Może dlatego, że ciągle – jak on – przychodzimy tutaj (może nawet nieświadomie), by przejść kolejne szkolenie z cyklu: jak być lepszym człowiekiem. Mamy mocno wkodowane przez wychowanie, kontekst, w którym żyjemy, że nasza wiara to przede wszystkim stawanie się lepszym człowiekiem. Nawet, jak przeanalizuję ostatnie moje kazania, większość z nich jest o tym: być bardziej transparentnym w działaniu, kochać bardziej dzieci, żony, być uczciwym.

A może popatrzmy na dzisiejszą Ewangelię nie na jak podnoszenie poprzeczki przez Jezusa, nie tak, że Jezus stawia wymagania temu człowiekowi, ale że Jezus odkrywa temu człowiekowi to, że jego serce jest smutne. Ten mężczyzna miał swoją rutynę, z której całkiem dobrze wychodził, był dobrym, uczciwym człowiekiem. Nie kradł, nie zdradzał, szanował rodziców, starał się kochać Boga i bliźniego. Czcił Boga, oddawał chwałę Bogu. Zobaczcie, generalnie jest jak my. Przychodzi z tym wszystkim do Jezusa i Jezus wchodzi w Jego myślenie – samozbawienia. Ja odczytuję dziś ten tekst tak: ów człowiek chciał sam dojść do Królestwa. Chciał pokazać sobie, ludziom i Bogu, jaki jest fajny. Więc Jezus demaskuje to jego myślenie i mówi: podnieś sobie jeszcze bardziej poprzeczkę. Zrób kolejny krok. No i to było za dużo. Później, w rozmowie z uczniami Jezus o tym mówi: u ludzi to nie możliwe, ale u Boga – tak.

W tej Ewangelii nie mam zadawać sobie pytania: co mam zrobić? Ale: jaki jest Bóg?Może w tym musimy się wszyscy nawrócić, by przestać ciągle zajmować się samo-zbawieniem. By ciągle przestać wracać do pytania: co jeszcze muszę zrobić, udowodnić sobie, innym i Bogu, że zasługuję na Jego miłość?

To nie Jezus podnosi nam poprzeczkę, ale to my podnosimy sobie poprzeczkę. Ja chcę się zbawić i to mi się wydaje, że Bóg ciągle mi ją podnosi. A Jezus mówi: pozwól Bogu Cię zbawić. Pozwól Mu by się o ciebie troszczył, pozwól sobie nie wymagać ciągle od siebie coraz więcej, zbierać bogactw.

Bóg jest piękny, i zbawienie polega na tym, że chcę się tym pięknem zachwycić, a nie stwarzać siebie coraz piękniejszym. To jest szalenie trudne, to nas zasmuca, bo jesteśmy jak ten człowiek z Ewangelii – chcemy sami coś zrobić, sami coś dać i się nakręcamy, po czasie widzimy, że jedyne, co mamy to naszą rutynę.

A Bóg mówi zostaw to. I chodź za Mną, to znaczy: patrz na Mnie, na moje piękno, na moją dobroć. I wiecie co? To działa. Odwracam wzrok z siebie na Niego i widzę więcej. Nie to, czego nie mam, ale to co dostaję od Niego jak dar. Jego dar nie zasmuca.

SŁOWO