Zaznacz stronę

SŁOWO

Tak, często stawiam siebie na takiej pozycji, którą można by nazwać „uczonym w Piśmie”. Wydaje mi się, że pozjadałem wszystkie możliwe rozumy i ja wiem najlepiej, jak należy interpretować dany fragment Słowa.

Tak, to ja jestem faryzeuszem, bo z jednej strony chcę być wobec Boga w porządku i rozliczam się z drobnych rzeczy, a w rzeczywistości wcale nie szukam sprawiedliwości, ale „moich racji”. Jak łatwo przychodzi mi mówić o miłosierdziu z ambony, a jakże trudno być wyrozumiałym, miłosiernym wobec tych, którzy mnie wkurzają. A moja wiara? Jest słaba, pełna wątpliwości i więcej w niej szukania siebie niż chwały Boga.

Jestem ślepym przewodnikiem. Budzi się we mnie czasem poczucie: „tak jesteś świetnym księdzem, dobrze mówisz, jesteś wrażliwy”. Ślepym, bo zamiast patrzeć na Mistrza, często patrzę na siebie samego i swój interesik, bo nawet nie można tego nazwać interesem.

Wiem jednak, że pomimo takiego stanu rzeczy moje bycie tym, kim jestem, nie jest daremne. Bo to Bóg chce mnie w tym dziele. I jeśli dzieje się jakiekolwiek dobro przeze mnie (a się dzieje), to właśnie dzięki Jego łasce.