Zaznacz stronę

22 lipca, cały Kościół czytał urywek wyjęty z Księgi Jeremiasza: Pan mówi: „Biada pasterzom, którzy prowadzą do zguby i rozpraszają owce mojego pastwiska”.
Dlatego to mówi Bóg Izraela, o pasterzach, którzy mają paść mój naród: „Wy rozproszyliście moją trzodę, rozpędziliście i nie zatroszczyliście się o nią; oto Ja się zatroszczę o nieprawość waszych uczynków”.
Ja sam zbiorę resztę swego stada ze wszystkich krajów, do których je wypędziłem. Sprowadzę je na ich pastwisko, by miały coraz liczniejsze potomstwo. Ustanowię zaś nad nimi pasterzy, by je paśli; i nie będą się już więcej lękać ani trwożyć, ani trzeba będzie szukać którejkolwiek (Jr 23,1nn).

Minęło kilka tygodni, ale te słowa ciągle wracają do mnie jak bumerang. Widzę w nich Boga, który mówi do mnie: Kramer, dałem ci ludzi, dałem ci kawałek mojego Kościoła, czy ty naprawdę swoim życiem pokazujesz im Mnie? Jest wiele płaszczyzn, w których – takie mam przekonanie i sygnały od innych – udaje mi się pokazać innym dobroć Boga. To nie jest tak, że jestem kiepski we wszystkim, że nic nie udaje mi się robić dobrego. Byłoby to fałszywą pokorą, gdybym tak mówił. Podobnie jest z innymi księżmi. Nie ma księdza, który czyni tylko zło. Podobnie, jak nie ma rodzica, małżonka, inżyniera czy lekarza, który czyni tylko zło. Jednak czynione dobro, nie może być dla mnie – nigdy – usprawiedliwianiem zła, które robię. Kiedyś ks. Piotr Pawlukiewicz, w konferencji do młodych księży mówił o mechanizmie nagrody. Mówił, że są księża, którzy robią dużo dobra, są zaangażowani w wiele fajnych spraw, ale co jakiś czas – dają sobie nagrodę za robotę i zmęczenie. Tą nagrodą są różnego rodzaju formy grzechu.

Jednym z grzechów księży jest (za Starym Testamentem) pasienie samych siebie, kosztem owiec. To prowadzi do rozwalania trzody (Kościoła), do troszczenia się tylko o pasterzy. W praktyce takim grzechem może być źle rozumiana solidarność branżowa. Wczoraj napisałem kilka słów na temat komentarza jednego z księży, który skrytykował formę pogrzebu Kory. Po raz kolejny otrzymałem porcję dobrych rad od księży. A to, żebym zamilknął, a to bym przestał kalać swoje gniazdo, a to, że daję argumenty przeciwnikom Kościoła (księży), a to mianowicie, że jestem kimś kto nienawidzi księży (sic!).

Nie, kocham mój Kościół, kocham bycie księdzem. Jednak nie chcę być człowiekiem, który usłyszy kiedyś: pasłeś tylko siebie, pasłeś swoje środowisko. Bardzo dużo mówimy w swoich konferencjach, kazaniach o przejrzystości, o prawdzie. Bardzo często można usłyszeć w naszych wypowiedziach o punktowaniu grzechów innych ludzi, mówimy często o uczciwości, o wielkim poświęceniu się, a jednak wiele razy widziałem jak budujemy swoistą zaporę między nami, a resztą świata. Ładnie to sobie tłumaczymy: jesteśmy specyficznym środowiskiem, świeccy nie rozumieją naszych problemów, inaczej widzimy rzeczywistość. Zapewne tak jest, pojawia się tylko pytanie: czy to nie jest pasienie siebie samych? Skoro dajemy sobie prawo do mówienia innym jak mają żyć, jakie mają podejmować wybory, a więc wchodzimy w ich życie, to dlaczego to nie może być również w drugą stronę?

Często mówimy – my, księża – że owszem trzeba mówić o Miłosierdziu Boga, ale nie można przemilczeć trudnej prawdy grzechu. Zgadzam się z tym, ale znów pojawia się pytanie: dlaczego to nie może działać w stosunku do nas? Dlaczego nie można mówić o naszych grzechach? Dlaczego tak łatwo zasłaniamy się solidarnością branżową? Odpowiedź, która mi się nasuwa jest jedna: wcale nam nie chodzi o dobry wizerunek Kościoła (bo co to za dobry wizerunek zbudowany na części prawdy), ale boimy się (ja też), że ktoś wyciągnie na światło dzienne nasze osobiste grzechy. Dbamy o wizerunek nie Kościoła, ale swój. Robimy to jednak źle, bo zamiast się nawracać, o czym lubimy mówić do innych, próbujemy pudrować. I na siłę wmawiamy sobie, ludziom i próbujemy Bogu, że Bóg tego chce.

Zastanawiam się ilu z nas – księży, powiedziałoby dziś Jeremiaszowi: może masz i rację, ale dlaczego w tobie tyle nienawiści do księży?