Zaznacz stronę

Dzieją się straszne rzeczy w świecie. Wiele politycznych potęg wygląda groteskowo, na zewnątrz udające dobrze wyglądające, od wewnątrz pełne korupcji, egoizmu i grzechu. To wszystko dotyka również tych, którzy nie zawinili. Ludzie umierają po ciężkich chorobach, tracą majątki, zdrowie, rodziny i pozycje społeczne. Grzech wdziera się w społeczeństwa, w których dochodzi do rozłamów. Pojawiają się pytania o to, czy życie w chrześcijaństwie ma jakikolwiek sens?

W tej całej pesymistycznej rzeczywistości przedziera się jedno zdanie Jezusa. „A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie”.

Życie z Bogiem (na serio) jest wyczynem hardcorowym, bo może przyjść dzień, w którym ktoś wrzuci cię do „jaskini lwów”, a ty masz być opanowanym i nie dać się nie tylko „lwom”, ale i swoim emocjom. Chrześcijanin, człowiek wierzący Bogu jest bezczelny i pełen optymizmu, taki człowiek ma świadomość, że nic nie jest w stanie odłączyć go od Miłości Boga.

Chrześcijanin nie wchodzi w kompromisy ze złem. Kiedy czytam te opisy końca, opisy tragiczne, pełne strasznych wizji, przypomina mi się „koniec” Jezusa, który, „gdy zaczęło się to dziać” – milczy. On nic nie mówi, nie ogłasza wszem i wobec, że jest Mesjaszem, że należy mu się szacunek i obrona Jego praw. Nie robi wokół siebie szumu, który może dobrze wyglądać, ale tak naprawdę czym więcej szumu wokół siebie, tym więcej w nas lęku i pragnienia zachowania status quo. Obrona tego, co sobie wypracowaliśmy nie zawsze jest równoznaczna z szukaniem dobra dla innych. W większości wypadków ta obrona to skupianie się na swoich potrzebach i próba niedopuszczenia do sytuacji, w której ma obniżyć się komfort życia.

Jezus, w tym momencie, nie skupia się na Piłacie i krzykaczach, ale skupia się na tym, by zaufać Ojcu. To jest mało efektowne, nie ma koło tego zadymy, z której można zrobić przedstawienie, ładnie zakamuflowane pod płaszczykiem pobożności lub troski o nią. Czytając teksty w ostatnich dniach, mam coraz większe przekonanie o tym, że chrześcijaństwo nie tyle ma zmieniać świat na lepszy, co uczyć się w tym całym zamieszaniu żyć i poruszać w spokoju. Nie chodzi tu o stoicyzm, ale zaufanie Bogu, że nawet biegające „lwy” wokoło nic nie są mi w stanie zrobić.

Kiedy wali się świat misternie przez ciebie budowany, to podnieś głowę, ale nie by ujadać i krzyczeć, ale zobaczyć, że idzie nadzieja, idzie odkupienie. To, co uważasz za przekleństwo, jest w rzeczywistości znakiem Jego obecności. Dziwne? Tak.

SŁOWO