Zaznacz stronę

SŁOWO

Nigdy nikogo nie przekonuję do słuszności życia w celibacie i samotności. Bo to nie ma sensu. I tak nie każdy rozumie i nie każdy musi zrozumieć. Choć sam za parę dni będę obchodził dziewiętnastą rocznicę swoich ślubów, to często odnajduję się właśnie w grupie ludzie, którzy tego nie pojmują. Powiem tak – rzadko pojmuję, o co chodzi w tym sposobie życia.

Przez te wszystkie lata nie dałem rady wiele razy. I wiele też razy chciałem zejść z drogi, która jest nierozumiała. Nie tylko, by dać upust pożądaniu i słabości, ale także dlatego, że to jest droga, w której rezygnuje się z czegoś, co jest dobre i niezastępowalne.

Zawsze śmieszą mnie tanie hasła mówiące o tym, że od momentu ślubów to Jezus jest wszystkim dla mnie, również w sferze seksualności. Nie jest. Nigdy Jezus nie będzie „moją kobietą i żoną”. Jest dziura. Jeszcze większej radości dostarczają mi takie sytuacje, kiedy mówię/piszę o kobiecie mojego życia. Wtedy zawsze znajdzie się jakaś pobożna duszyczka, która kwituje to pięknym komentarzem: „tak, Maryja jest księdza kobietą życia”. Nie. Maryja nie jest kobietą mojego życia, bo była i jest oblubienicą Józefa.

Być bezżennym dla Królestwa to fajna (i ciężka zarazem) sprawa. Bo człowiek zyskuje dobry poligon, na którym ciągle od nowa, każdego dnia uczy się siebie, albo raczej swoich słabości i… dobroci Boga. Zyskuje też czas i większy kawałek serca dla innych.

Nigdy nie rozmawiam zbyt długo z ekspertami od celibatu i seksualnej wstrzemięźliwości. Ludzie, którzy mają tanie recepty i piękne hasełka w zanadrzu, są ludźmi, których się lękam. W tej materii nie ma prostych recept. Każdy następny dzień, miesiąc, rok w stanie bezżeństwa jest kolejnym czasem stawiania sobie pytania o sens tracenia – w jakimś aspekcie – męskości. Albo raczej jej umierania. To zmaganie się z samotnością, której nigdy nie wypełni Chrystus. On nadaje sens, daje siłę, ale dziury, której może wypełnić tylko kobieta – nie wypełni.

Wiem już od jakiegoś czasu, że mój wybór dotyka także kogoś innego, że to już nie jest wybór, którego skutki dosięgają tylko mnie.

Każdego dnia pytam się siebie i Pana: „ile jeszcze dasz rady, Kramer”? Odpowiedź jest ta sama zawsze: „JA JESTEM”. I upadam, tęsknię, rozbudzam pragnienia, a później znów wracam do Jego zdania: „kto może pojąć, niech pojmuje”. I znów na jakiś czas pojmuję, by za chwilę niewiele rozumieć.