Zaznacz stronę

Płaszcz, w tamtym czasie i kulturze, to znak władzy i statusu społecznego. Ktoś, kto miał płaszcz, coś znaczył. Bartymeusz, zanim do Jezusa dojdzie, odrzuca płaszcz. Odrzuca swój skarb i właśnie jako odkryty idzie do Jezusa. Dopiero taki jest w stanie wejść w dialog z Bogiem. Bez nakryć, bez masek, zabezpieczeń i swoich projektów, swojego ja wiem najlepiej. Podziwiamy ludzi, którzy potrafią wszystko odrzucić, by stać się wolnymi. Czytamy i oglądamy historie ludzi (choćby w filmach), którzy dla sprawy poświęcają wszystko. Właśnie – podziwiamy. I tylko podziwiamy, a potem wracamy do tego, co nazywamy codziennością. Może warto zaryzykować i odrzucić swój płaszcz.

Bartymeusz zawołał głośno Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną. Można by powiedzieć, że to taki interesowniś. Wielu chrześcijan, takich jak my, chodzących do kościoła, modlących się, powie ha, jak trwoga to do Boga. Ale czy i my tak nie czynimy? Czy i my nie krzyczymy głośniej, kiedy boli? Właśnie, nieważne, jaki jest powód naszego zbliżenia się do Syna Bożego. Ważny jest powód, dla którego przy Nim zostajemy, jeśli naprawdę zostajemy. Bartymeusz wyznał wiarę, że człowiek, który przed Nim stoi, a którego nawet nie widzi, jest Synem Bożym i wyznanie tej wiary poprowadziło go do uzdrowienia. On prosił, by mógł przejrzeć. Przejrzeć to więcej niż widzieć. Przejrzeć to zobaczyć głębiej siebie i tego drugiego, który okazuje się Synem Bożym; to publicznie przyznać się do Niego. To zaryzykować zrzucenie swojego płaszcza, a więc społecznego znaczenia i powiedzieć tak, ja wierzę, że Ty jesteś Synem Boga i możesz ze mną zrobić, co Ci się podoba.

Innym bohaterem, bardzo ciekawym, tego wydarzenia jest tłum. Wielu nastawało na niego, by zamilknął. Wiele jest takich momentów, że nie chcemy się dać porwać przechodzącemu Jezusowi. Boimy się. Czujemy się przywiązani do starego sposobu życia; wydaje się nam, że jak pójdziemy z Nim na całość, to nasze życie stanie się mniej atrakcyjne, bo pozbawione naszych zabawek. Wolimy siedzieć w naszym marazmie nałogów, grzechów, przyzwyczajeń, niż dać się Jemu porwać. Nie chcemy krzyku Bartymeusza, bo czujemy, że ten krzyk mógłby rozsadzić nasze wygodne siedzenie.

Innym razem my sami jesteśmy tłumem, który każe się zamknąć temu, kto wiarę wyznaje. Oczywiście nie robimy tego wprost mówiąc, że Boga nie ma. Ale ile razy jest tak, że ktoś w naszym otoczeniu pragnie żyć chrześcijaństwem na serio, a my mówimy daj spokój, jak raz coś zmienisz, to nic się nie stanie? To jest właśnie stawianie naszej wolności ponad Ewangelię, albo interpretowanie jej tak, by nam była wygodna w naszych nie zawsze dobrych wyborach.

Tłum nie lubi, kiedy jesteśmy inni niż on. I z drugiej strony uleganie tłumowi jest bardzo wygodne. Dobrze jest mówić z punktu widzenia wygody to samo, co mówi tłum. Nawet w Kościele grozi nam pójście z tłumem. Po co wchodzić w indywidualną modlitwę? Przecież wielu chrześcijan się nie modli. Po co mieć zasady moralne? Przecież wielu chrześcijan ich nie przestrzega. Po co głosić Jezusa? Przecież księża są od tego. Po co ujawniać swoją wiarę poza budynkiem kościoła? Przecież dziś jest wolność religijna. Wchodząc w tłum tak naprawdę nic nie zyskujemy, choć wydaje się nam, że święty spokój. Wchodząc w tłum tracimy siebie, swoją niepowtarzalność.

Bartymeusz rozpoczął swoją walkę o uzdrowienie, bo usłyszał, że Jezus się zbliża. Usłyszał, bo ktoś mu o tym powiedział. Musimy o Jezusie mówić głośno, tam gdzie jesteśmy, mieszkamy i pracujemy. Gdybyśmy mieli naszą wiarę przeżywać tylko w przysłowiowej zakrystii, to sami nie usłyszelibyśmy o Nim. Warto siebie poobserwować, czy nie jest tak, że kiedy zaczynamy mówić o Bogu to ściszamy głos. Bo się boimy, wmawiamy sobie, że z wiarą nie można się narzucać itd. W naszym głoszeniu Boga nie chodzi o siłowe nawracanie, o niekończące się dyskusje, parady i antypardy. Chodzi o wsłuchanie się w drugiego człowieka, w jego krzyk i pokazanie mu – na sobie, że warto się na Boga otworzyć. Nie dlatego, że jest czarodziejem, ale dlatego, że dopiero przy Nim człowiek zaczyna siebie rozumieć.

Dziś wspominamy dzień, w którym został poświęcony ten kościół. Jednak sam budynek jest mało istotny. Widać to choćby w krajach zachodnich, gdzie w kościołach mamy restauracje, dyskoteki, punkty informacyjne lub po prostu kłódki na drzwiach. Zabrakło żywego Kościoła, zostały śliczne budynki. Zabrakło Wspólnoty. Ta Wspólnota rodzi się z osobistego spotkania każdego i każdej z nas – ze Zmartwychwstałym Panem. Jeśli tego nie ma, jesteśmy tylko śliczną fasadą, ze zgniłymi fundamentami.

A więc czego pragniesz, co chcesz bym Ci dziś uczynił? Zostać uzdrowionym to zostawić swoje dotychczasowe życie żebraka i pójść do pracy. Naprawdę chcesz być uzdrowionym, czy tylko tak sobie krzyczysz?

SŁOWO