Zaznacz stronę

Jestem jednym z wielu (księży). No może moja twarz jest trochę bardziej rozpoznawalna. Wielu ludzi mnie lubi, trochę osób mnie słucha, ale wiem, że jest trochę takich osób, które mnie nie lubią, również wśród tych, którzy na codzień są w jakiś sposób blisko. Myślę, że większość z nas mogłaby tak powiedzieć.

Boję się dnia, w którym ktoś mnie oskarży o molestowanie.

Już o tym pisałem, kiedyś ten lęk, co ze mną będzie, po oskarżeniu, przeżyłem. Na szczęście szybko się skończyło, bo człowiek, który wypowiedział słowa (fałszywego) oskarżenia przed moją dyrektorką, nie poszedł z nimi dalej. To było już z jakieś osiem lat temu, ale strach został. Boję się dnia, kiedy przyjdzie policja, ja będę zaskoczony, i dowiem się, że jakieś dziecko, albo dziś już dorosły człowiek, powie, że zrobiłem mu tę krzywdę.

Nie, nie jest tak, że uczciwy człowiek, który nikogo nie skrzywdził, nie powinien się bać. Lęk jest i trudno z jego istnieniem dyskutować. Z historii sprzed lat zostało mi – prócz lęku – trudne doświadczenie, że w takich momentach jesteś sam. Ludzie naokoło udają, że nie wiedzą o co chodzi, ich lęk każe im się odciąć. Nie potrafię powiedzieć sobie: Kramer, nikogo nie skrzywdziłeś, nie masz się czego bać. Nie potrafię, bo wiem, że wystarczy jedno zdanie wypowiedziane przez oskarżyciela i to zdanie jest w stanie zmieść cię z powierzchni życia, które znasz z codzienności.

Ten strach ma przełożenie na codzienne zachowania. Widzę, już od dłuższego czasu, że boję się wchodzić w relacje. Trzymam ludzi na dystans, nie pozwalam sobie na zbyt wiele czułości, uważam na to, co mówię, kontroluję to, jak ludzie mogą mnie odbierać. Zabijam w sobie spontaniczność. Widzę to w relacjach z dziećmi. Wiecie, że boję się chodzić na zajęcia z nimi? Boję się ich spontaniczności, tego, że któreś przyjdzie i się przytuli, dotknie mnie, będzie bliżej niż metr ode mnie. Kiedy zbliżają się zajęcia z dziećmi, czy to w parafii, czy w szkołach, to naprawdę boli mnie brzuch, bo boję się, że ktoś może dopatrzeć się czegoś czego nie ma. Boję się, że któryś z rodziców, po opowieści dziecka, tak zinterpretuje moje słowa, zachowanie, że jutro będzie na plebani policja.

Kiedy w niedzielę jest modlitwa wiernych i nagle kilkadziesiąt dzieciaków jest obok mnie, w ścisku, to włącza mi się kolejny strach. Wiem, że dorośli na mnie patrzą. I chodź racjonalność mi mówi: nie bój się, to emocje mówią inaczej: oni cię teraz obserwują. To wszystko sprawia, że znów się zamykam, chcę uciec, schować się.

Tak, jestem całym sobą za ochroną dzieci i dorosłych przed wykorzystywaniem, ale wiem, że sam staję się kimś, kto nie żyje w pełni, bo się boi tego, że kiedyś zostanie oskarżony za to, czego nie zrobił.

Kocham dzieci, kocham ludzi, ale z racji tego kim jestem czuję, że musze się od nich w pewien sposób izolować. Kiedyś pozwalałem sobie na bliższe do nich podchodzenie, dziś już nie potrafię.

I wiecie co? Wiem, że wielu księży tak ma. Fajni ludzie, którzy chcieli sobą pokazać, że Bóg kocha człowieka, boją się być oskarżonymi. Bo dobrze wszyscy wiemy, że być fałszywie oskarżonym to nie jest przygoda, która dobrze się kończy, ale to dramat udowodnienia swojej niewinności i opinia, która idzie z tobą do końca życia. Jeśli to oskarżenie w ogóle przeżyjesz.

Boję się, że moja twarz, rozpoznawalna, może pewnego dnia przyciągnąć kogoś, kto spróbuje przygody fałszywego oskarżenia, a ja tego nie uniosę.

Na serio się tego boję. Bardzo.