Zaznacz stronę

Bóg przychodzi do mnie w banalności. Czasem spotykam Go w muzyce, czasem w wietrze, zachodzie słońca.

Dziś Jezus poszedł do domu Szymona Piotra. To nie Piotr zaprowadził Jezusa do swojej chorej teściowej, ale Jezus sam tam poszedł. To ważny szczegół. Czasem wpadamy w takie pyszne myślenie, że to my szukamy Boga. Tymczasem to On daje się nam w zwykłych codziennych sprawach. I jasne jest, że nasza rola sprowadza się do dekodowania tego sygnału, ale trzeba pamiętać, Kto jest w tym Pierwszy.

W prawdziwej duchowości człowiek odkrywa Boga w swojej codzienności. Właśnie w drugim człowieku, chorobie, uzdrowieniu, w modlitwie. W takiej duchowości nawet obecność złego ducha nie jest żadną sensacją. „Naturalną” sprawą jest, że manifestuje on swoją obecność, lecz człowiek Boga gromi go po prostu i odsyła w jego miejsce. Bez sensacji.

Niesamowitą sprawą jest to, że od Wcielenia człowiek nie musi doskakiwać do nieba, do sacrum, ale to Bóg schodzi z nieba i wchodzi w nasze profanum, które przez Jego obecność staje się sacrum.

Jezus poszedł dalej, dlatego że takie jest pragnienie Boga, by Jego Obecność była wszędzie. Mógł przecież zarządzić odgórnie, w sposób boski, że jest wszędzie, ale On właśnie woli przychodzić do nas, do codzienności, na ludzkich nogach.

To jest coś, co mnie w chrześcijaństwie tak bardzo fascynuje – to, że Bóg tak bardzo ukochał człowieczeństwo. Albo tę miłość od Wcielenia bardziej manifestuje, bo przecież ukochał nas od momentu, który my nazywamy początkiem.

SŁOWO