Zaznacz stronę

Początek Ewangelii o Jezusie jest taki, że Bóg wplątuje do swojej historii konkretnego człowieka, wysyła Jana jako swojego posłańca. Wcześniej, ani nie daje mu planu, ani nie instruuje na bieżąco, co i jak  ma czynić. Można powiedzieć, że Jan improwizuje. Odkrywa swoje powołanie pustelnika, modli się i działa.

Jeśli Adwent jest oczekiwaniem na przyjście Mesjasza dziś, to potrzebujemy, by ktoś wszedł w rolę Jana. I jest dokładnie tak jak myślisz – Ty masz być Janem. Oto ja posyłam mojego posłańca przede Mną! Po, co? Byś pocieszył Jego lud.

W pierwszą niedzielę zostaliśmy wezwani do osobistego czuwania, a więc nie spania, dziś dostajemy zadanie. Zadaniem jest przygotowanie drogi Panu. Nie krzycząc na innych, nie poprawiając ich moralności, nie mówiąc, że źle żyją. A już na pewno nie, w ten sposób, że damy im do zrozumienia, że mają żyć tak, jak my uważamy za słuszne. Po pierwsze mamy tylko przygotować pole, po drugie przygotować je dla Niego. A więc w dobrym momencie – wycofać się.

Jak ma to wyglądać w praktyce? Tak: Pocieszcie, pocieszcie mój lud! Przemawiajcie do serca Jeruzalem i wołajcie do niego, że czas jego służby się skończył, że nieprawość jego odpokutowana.

W czasie, w którym ludzie, z każdej strony politycznej sceny mówią o sprawiedliwości, o tym, że to oni mają rację, prawdę i najlepszą wizję; w czasie, w którym przeciętny człowiek już się gubi, my chrześcijanie, mamy pójść i mówić do serca drugiego człowieka, że jest Dzieckiem Boga i nie musi być człowiekiem bez celu. Nawet gdyby to miało zostać wyśmiane, odrzucone, nazwane naiwnym, śmierdzące populizmem, tanim pocieszaniem, to jestem pewny, że to jest prawda. Rewolucja, do której zaprasza nas Bóg jest przepełniona nadzieją. Ci wszyscy dzisiejsi prorocy, wieszczący kryzysy, koniec świata, upadek wartości moralnych, domagający się tzw. sprawiedliwości, nie głoszą nam nadziei. Nadziei, która przychodzi wraz z Mesjaszem. To nie jest naiwne, bo idzie mocniejszy od nas, Ten, któremu nie jesteśmy godni zawiązać sandałów, a zarazem Ten, który nie chce nas zgubić, ale doprowadzić do zbawienia.

Jan, nim stał się posłańcem, poszedł na pustynię, bynajmniej nie po to, by tam spędzić miłe wakacje. Poszedł tam stoczyć walkę o siebie. I bynajmniej nikt mu nie powiedział, jak długo to ma trwać, jakich użyć środków, jakie książki przeczytać. Nie słuchał kazań, nie jeździł na rekolekcje. Poszedł na całość. Zaryzykował. Najważniejsza nie była forma, najważniejszy był ten najtrudniejszy krok. Być z Nim, z dala od wszystkiego i słuchać. To wiązało się także z tym, że wielu osobom to się nie podobało. Rodzicom, że ich zostawił, rówieśnikom, bo wyszedł na niezłego dziwaka, w końcu znaczącym ludziom się naraził, bo mówił, że mają się nawrócić, bo źle żyją. Konsekwencją tego czasu była zdolność do rozpoznania Jezusa w tłumie, a później jednoznaczne zrobienie Jemu miejsca. Właśnie, żeby na serio iść za Jezusem, żeby na serio Nim żyć, a w konsekwencji mocno żyć swoim życiem, trzeba odejść.

Kiedy czytam tę Ewangelię, przypomina mi się inne nauczanie Jezusa. Szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane. Z całą stanowczością trzeba sobie powiedzieć. Nawrócenie nie może być połowiczne. Pójście za Jezusem nie może być uczynieniem z Niego broszki na naszym pięknym ubraniu. Ono musi przeniknąć wszystko. Moją przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Muszę się nawrócić, a więc zmienić swoje myślenie, na głębokim poziomie moich motywacji, decyzji, moich zranień, nawyków. Dziś, w dobie wszechogarniającej nas psychologizacji, która tak naprawdę próbuje zrzucić z człowieka odpowiedzialność na uwarunkowania, zranienia, historię życia; nawrócić się, to właśnie wziąć odpowiedzialność za swoje życie. Nie zwalać wszystkiego na innych. Być twardym wobec siebie, jak Jan Chrzciciel. Dopiero człowiek nawrócony może powiedzieć, Bóg jest w moim życiu obecny. Dopiero taki człowiek, który sam doświadcza Królestwa Bożego, może pójść do innych i powiedzieć im, że jest nadzieja i  to czasem wbrew temu, co sam odczuwa. Taki może być posłańcem, który przygotuje grunt Temu, który ma moc zmieniać człowieka.

Rozumiecie? Dziś dostajemy do ręki ZAPROSZENIE: weź udział w Mojej misji. Weźmy je dziś i idźmy, w Jego imię, zostawiając z boku swoje problemy, by pocieszać. To jest Jego misja dla nas: pocieszcie mój lud, pocieszcie moje dzieci. Niech nie straszy nas to, co sami czujemy. Niech nam nie podcina skrzydeł i woli, to co odczuwamy, jako naszą słabość. Idźmy.

SŁOWO