Zaznacz stronę

Ludzie Kościoła (nie tylko ci z funkcji) często płaczą, że tak wielu odchodzi z Kościoła. Słychać głosy o tym, że kościoły pustoszeją i… każdy próbuje znaleźć na to lepszą lub gorszą receptę. Jedni podpierają się doświadczeniem, inni socjologicznymi badaniami. Są i tacy, którzy podają nazwiska winnych tej sytuacji. A ja czytam Ewangelię i widzę coś zgoła innego. A szło za Nim wielkie mnóstwo ludu. Żeby było jasne – szło za Jezusem. I to jest najprawdziwsza prawda. Do Jezusa szło i idzie dalej wielkie mnóstwo ludzi. Pytanie, które musimy jako Kościół stawiać, co się z nimi dzieje po drodze, że nie dochodzą, że gdzieś gubią szlak i znajdują coś, kogoś innego?

Prawda jest taka, że do Jezusa ludzie się garną, bo ludzie garną się do Miłości. Prawda jest taka, że Jezus przyciąga, bo jest Dobry.

Jestem przekonany, że my – jako Kościół, musimy przestać się zajmować sobą. Kościół ma głosić Jezusa. Wtedy w Kościele będę ludzie, wtedy w Kościele będą: Słowo Boże, cuda, wielkie rzeczy i będą też… pieniądze.

Ci ludzie szli do Jezusa na wieść o Jego dziełach. Obserwuję i słucham, co dziś słyszy się w przestrzeni medialnej. Mówi się mnóstwo o Kościele, podejrzewam, że gdyby było wtedy tyle informacji o Jezusie, nie miałby czasu nawet, by coś zjeść. Tylko że tu nie chodzi o ilość informacji. Człowiek z zewnątrz słyszy zazwyczaj o tym, że Kościół zajmuje się sobą (pozytywnie i negatywnie), że broni swojej godności, pozycji. Rzadko dziś, szczególnie w nauczaniu, słychać o Jezusie, Bogu Żywym, który przychodzi z Miłości do człowieka. Zrobiono z Niego (w dobrych intencjach, żeby to było jasne), stróża wartości, bicz na niewierzących, superpedagoga, wzór nauczyciela itp. Już nie raz słyszałem, że jestem naiwny w takim gadaniu. Jestem, ale On też był. I to mi się w Nim podoba, że jest Kimś, kto bez względu na to, co szczekają psy wokoło, idzie dalej. Można to nazwać naiwnością. Ja nazywam to ewangelizacją (głoszeniem Dobrej Nowiny – tyle to znaczy).

Od młodości jestem przekonany, że w Kościele się dużo krzyczy. I tu nie chodzi o ton głosu. Ale o treści, jakie się przekazuje. Kiedyś wydawało mi się to w miarę w porządku, bo w końcu o Boga tu chodzi, On musi to wszystko jakoś trzymać w kupie. Jednak czym dłużej za Nim idę i Go poznaję, to dochodzę do przekonania, że Bóg za tym nie stoi. To krzyczenie zawsze pokazuje mi, że Kościół ponosi porażkę w ewangelizacji, bo to jest takie powiedzenie trochę – OK, nie uda się Miłością, to przynajmniej postraszmy. Strach nie jest dobrą motywacją.

Jeszcze o końcówce tej Ewangelii. Nawet duchy nieczyste, na Jego widok, padały przed Nim i wołały: Ty jesteś Syn Boży. Lecz On surowo im zabraniał, żeby Go nie ujawniały. Dziś odczytuję to tak. Dużo się mówi  o egzorcyzmach i tych klimatach około-diabłowych. Strasznie się to rozdmuchuje. Takie medialne to jest. Całkowicie inaczej niż w tym tekście. Jezus każe milczeć. Nie chce rozgłosu. I to jest też dla nas wskazówka. Chodzi o Tego, który wyrzuca, nie wyrzucanego.

Ewangelia jest taka prosta i dobra.

SŁOWO