Zaznacz stronę

Wczoraj przysłuchiwałem się rozmowie ludzi, którzy opowiadali o tym, jak straszne rzeczy dzieją się na świecie, że Bóg karze nas za grzechy. Robi to dopuszczając wojny, kataklizmy i całe to zło, które dzieje się naokoło. Ponoć dla naszego dobra. Pokazywano to jako szansę na zbawienie po śmierci. Logicznie to nawet wygląda. Bóg robi wszystko, by potrząsnąć ludzkością, aby ją przebudzić.

Kiedy tego słuchałem, rósł we mnie bunt. Nie potrafię wierzyć w Boga, który robi coś takiego. Tym bardziej, że zazwyczaj giną najmniej winni zła ludzie. Nie powiem – w swojej chwiejnej wierze – miewam takie momenty, kiedy zastanawiam się nad tym, że może jednak Bóg taki jest – taki o jakim mówili moi rozmówcy. Boję się wtedy, że opowiadając o Bogu dobrym robię ludziom przysłowiową wodę z mózgu. Zapewne pojawi się kilka komentarzy w których powiecie: nie, nie poddawaj się wątpliwościom.

Sięgam do Ewangelii dzisiejszej [KLIK] i widzę Boga dobrego. Takiego, który przychodzi do grzesznika. Przychodzi i mówi: chcę zjeść z tobą kolację. Mateusz poszedł za Jezusem, ale poszli do domu Mateusza, do miejsca, w którym korzystał z owoców swojego grzechu. Mateusz, jak każdy grzesznik winien był śmierci, a jednak nie umarł, ale umarł Ten, który Go powołał. To Jezus wziął na siebie grzech świata. To Jezus umarł za mój grzech.

Moja wiara, generalnie, jest bardzo słaba. Bardziej jestem w nieustannej wątpliwości, a wiara mi się zdarza czasem. Jednak w momentach, kiedy ona się przebija (wiara), to nie potrafię wierzyć w Boga, który karze, pozwala na śmierć (ładnie to sobie nazwaliśmy „dopuszczeniem”) za to, że ludzie nie żyją według Jego przykazań. Może tak jest, że kiedyś zostanę naprawdę ogłoszony heretykiem „naiwnej dobroci Boga”, może kiedyś mój Kościół powie: przestań mówić, pisać i nauczać, bo głosisz błędy. Będę milczał. Jednak nie umiem uwierzyć w Boga, który jest niedobry (nie kupuję opowieści o Bogu, który pozwala na straszne rzeczy z miłości).

Z roku na rok wiara staje się coraz trudniejsza, przestaje być prostą oczywistością, a staje się wewnętrzną walką, a nawet udręczeniem. Bywają momenty, że On wchodzi do mojej komory celnej czyli miejsca, w którym żyję, pracuję, grzeszę – do mojego życia i jest radość we mnie z zaproszenia. Ale to są tylko momenty. Później idzie dalej, a mnie pozostają wspomnienia i wyobrażenia, które z dnia na dzień stają się czymś, co pali wnętrzności.

Czasem modlę się tak: Boże, jeśli istniejesz, to chcę w Ciebie wierzyć, chcę być kimś, kto idzie za Tobą, ale tak bardzo się boję, że nie istniejesz. Boję się, że jeśli jesteś, to może się okazać, że jednak jesteś taki, jakim Cię chce widzieć wielu ludzi: mściwy, zły i okrutny. Boję się Boże, że potrafię sobie wyobrazić niebo z wszystkimi stworzeniami, a w rzeczywistości będzie inaczej.