Zaznacz stronę

Myślę sobie o tym, jak bardzo apostołowie musieli odczuwać dziwność tych kilkudziesięciu dni po Zmartwychwstaniu. Dziś Jezusa już z nimi nie ma. Mają teraz czas, by podumać nad tym, co się wydarzyło i  co w tych tygodniach było ich doświadczeniem.

Pożyteczne jest odejście Jezusa do Ojca. Jest tak dlatego, że kiedy był z apostołami, to niejako zwalniali się z myślenia, decydowania i odpowiedzialności. Zawsze był w pobliżu Jezus, który jakoś zaradzi. Tymczasem odejście wymusiło na nich działanie. Wymusiło myślenie i odpowiedzialność. W pytaniu wysłanników o to, dlaczego ciągle wpatrują się w niebo, jest jakby ukryte wezwanie: weźcie się do roboty, nie stójcie tu, i nie patrzcie w niebo, ale idźcie i działajcie.

Jednak zanim Jezus odszedł, apostołowie pytali Go o rzeczy mało związane z Jego misją, pytali o ustanowienie Królestwa. Znów się z Nim rozmijają. Jezus im mówi wprost: wasze zadanie polega na głoszeniu i czynieniu Królestwa, macie być Moimi świadkami. Często, kiedy się ludziom przypomina, że naszym celem jest bycie świadkiem Pana, to pada jakby zarzut, że to takie nieżyciowe na dzisiejsze czasy. Że dziś trzeba żyć jak wszyscy, że trzeba się dostosować do innych. Właśnie nie! Nie trzeba, co więcej – trzeba byśmy byli inni. I tu nie chodzi o pomnażanie bogactw i życie wygodne, ale również o to, by nie dołączyć do tych, co przekazują złe wieści. Mamy być Jego – Boga, świadkami. I wierzcie, że strach nie pojawia się z tego, że nagle nie będziemy mieli co jeść. Strach pojawia się z dwu powodów. Pierwszy, trza będzie inaczej myśleć, nie egoistycznie, a więc inaczej żyć. Po drugie, to zły straszy człowieka, starszy nas, wyolbrzymia trudności, byśmy na tę drogę nie chcieli wejść.

Święty Paweł modli się dziś za nami: Niech da wam światłe oczy serca tak, byście wiedzieli, czym jest nadzieja waszego powołania, czym przemożny ogrom Jego mocy względem nas wierzących – na podstawie działania Jego potęgi i siły.

Czasem, kiedy rozmawiam z chrześcijanami, czasem kiedy słucham, patrzę na samego siebie, to mam wrażenie, że my, idący za Jezusem, jesteśmy ludźmi pozbawionymi nadziei. Jakbyśmy ciągle zapominali, kim jesteśmy i do Kogo zmierzamy. Jakbyśmy ciągle wierzyli, że nasze życie jest kwestią przypadku, wynikiem zbiegów okoliczności. Jakbyśmy po prostu zapominali, że możemy czynić wielkie rzeczy, że możemy robić to wszystko, co robią inni, ale inaczej, z nadzieją na życie, które nigdy się nie kończy. Jakbyśmy zapominali, że Bóg jest i działa w naszym życiu. Zachowujemy się jak apostołowie, kiedy Jezus odchodzi. Wolimy stać i patrzeć w niebo i wspominać stare dzieje, mówić jak to kiedyś było fajnie. Coś nas paraliżuje przed wypełnieniem słów Jezusa, słów, które są dość proste: Idźcie i głoście. Idźcie, nie stójcie, idźcie i nie milczcie. Mówcie, czego doświadczyliście. Nie bójcie się, bo Ja jestem z wami.

Poprzez nasze głoszenie będziemy powoli wstępować do nieba. Poprzez mówienie, pokazywanie innym, że można inaczej, będziemy coraz bliżej nieba. Nie inaczej. Wstąpienie do nieba Jezusa nie jest cudownym fajerwerkiem, ale jest konsekwencją Jego wielkiego pragnienia bycia z Ojcem. Jest dokończeniem dzieła.

Jednak to nie dokonuje się na mocy naszej decyzji, woli. One są potrzebne na początku. Apostołowie, po Zmartwychwstaniu, po Wniebowstąpieniu, dalej się boją, zamykają w wieczerniku. Dopiero po Zesłaniu Ducha Świętego coś w nich pęka, zmieniają się. Dalej są sobą, dalej odczuwają strach, ale nie on już jest najważniejszy. Pomimo niego idą i głoszą to, co współczesnym jest niewygodne.

Zapragnijmy Ducha Świętego. By przyszedł i uczynił z nas odważnych świadków, nie gadaczy, ale świadków. Niech cały ten tydzień, do Zesłania Ducha Świętego, będzie wzbudzaniem w sobie pragnienia Jego samego i nowej jakości w swoim życiu.

SŁOWO