Zaznacz stronę

Czasem spotykam się z pytaniem, dlaczego cytuję autorów, którzy nie są chrześcijańscy, albo ich życie było dwuznaczne?
 
Powiem szczerze, że nie wiem, co na takie pytania odpowiedzieć. Nie, żebym nie wiedział, co robię, kiedy przygotowuję teksty – jestem świadom, bo to czasem godziny poszukiwań, kłócenia się ze sobą samym, dokopywania do pokładów pamięci, czy starych zapisków. Nie wiem, co powiedzieć, bo zawsze bardzo mnie zasmuca to katolickie zamykanie się w naszym. Z jednej strony mówimy o sobie Kościół katolicki, a więc powszechny, a z drugiej czynimy z niego twierdzę zamkniętą, dla – jak to często słyszę – obrony Prawdy. 
Zawsze uważałem, że Prawda (od Boga pochodząca) sama się obroni. To, czego my tak mocno chcemy bronić, to często nie Prawda (od Boga pochodząca), ale nasza ludzka prawda, która w jakiś sposób ma zabezpieczać nasze poczucie bezpieczeństwa.

Dla mnie dzisiejsza Ewangelia pokazuje właśnie Jezusa, który nie boi się nowego. Nie chodzi tu o postawę, że wywalamy wszystko stare, bo idzie nowe. Bardziej rozumiem to jako otwartość na to, że w każdym nowym innym Bóg ma prawo przemawiać, a naszym obowiązkiem jest uczyć się to odczytywać.

Nie jestem apologetą wspomnianych ludzi (celowo unikam tu nazwisk, by o nich teraz nie dyskutować – wpis dotyczy czegoś innego). To byli dorośli ludzie, niech się sami bronią, ale uważam, że Bóg przez tych ludzi mówi i ma nam coś ważnego do powiedzenia. Zapewne oni sami nawet o tym nie wiedzą. Rozumiem, że część z nich to byli ludzie, którzy nie mieszczą się w katolickiej nauce moralności, czy chrześcijańskiej wizji Boga i człowieka. Mówiąc językiem religijnym, byli grzesznikami. Jednak powiedzmy sobie szczerze, że i ja, Benedykt XVI, czy Franciszek też jesteśmy grzesznikami.

Czytam tę Ewangelię i zastanawiam się, dlaczego ludzie wolą tracić czas na zastanawianie się, dlaczego ktoś nie pości, zamiast cieszyć się obecnością Oblubieńca? Jego obecność czasem jest ukryta – to trochę jak jedna z zabaw weselnych. Polega ona na tym, że wiedząc, że Oblubieniec jest, trzeba chcieć, potrafić podjąć się zadania odszukiwania Go w różnych rzeczywistościach. W ludziach, słowach, wydarzeniach, znakach.

Bóg przyszedł dać nam wolność i świeżość w myśleniu. My tymczasem – wcale nie w małej liczbie – żyjemy tak, jakbyśmy cały czas byli zniewoleni przez jakiegoś wroga, a naszym jedynym celem było nie tyle wyzwolenie, co jego wskazywanie. 
Może się mylę, ale już od jakiegoś czasu bliskie jest mi myślenie, że my nie mamy się czego bać, bo w najgorszym(?) wypadku grozi nam tylko śmierć. Bo to, co może nam zrobić drugi człowiek, to najwyżej pomóc nam przejść na drugą stronę, która przecież jest tak bardzo przez nas upragniona. (Jest?)

Nie ma się co bać tekstów takiego czy innego (w naszym mniemaniu) nie-chrześcijanina, bo w nich też mieszka Bóg. Jeśli ciągle będziemy próbować napełniać stare, wysłużone bukłaki, to się rozpadną. I ani bukłaków, ani dobrego wina nie będzie. Nie będzie nic. Tylko wspominanie o jednych i drugich, ale wspominanie to nie jest coś, co nas napoi.

Czasem chrześcijanie mówią do niewierzących – nie bójcie się otworzyć drzwi Chrystusowi. To prawda, ale nie bójmy się ich otworzyć najpierw my. Żeby się nie okazało, że oni są bardziej na Niego otwarci niż my. Bo nie mają wzorca, jak Jezus powinien się objawiać. A Jezus nie zdążył do nich przyjść, bo tak bardzo próbował się przedrzeć do swoich, którzy Go nie przyjęli.

SŁOWO