Zaznacz stronę

Dokładnie dziesięć lat temu dostałem coś czego jestem kompletnie niegodny i co kompletnie mi się nie należy. Dostałem Dar.

Żywię wielką nadzieję, że Bóg to sobie wszystko wymyślił, że wymyślił sobie moje życie, moją historię, to, że wstąpiłem do zakonu i spełniło się moje wielkie marzenie i w końcu to, że biskup Jan włożył na mnie ręce, przekazując mi Dar.

Dziesięć lat, to prawie cztery tysiące Eucharystii, nie wiem ile spowiedzi, namaszczeń chorych, rozmów. Dziesięć lat to tysiące osób, które stanęły na mojej drodze. To historia wielu wielkich spraw, ale i historia mojej słabości i grzechu. Od włożenia rąk jeszcze bardziej dramatyczna. Dziesięć lat, to niesamowicie wielka ilość dobra, które otrzymałem, i za które bardzo dziękuję. To także czas wielu błędów, złych słów, czynów, myśli. Jest wiele osób, które skrzywdziłem, wprost, ale i wiele, o których nie mam świadomości. Bardzo przepraszam za zło, które ode mnie wyszło przez ten czas.

Wiele się zmieniło przez te dziesięć lat. W świecie, w naszym postrzeganiu tego świata, technologia. Wiele spraw, które wtedy wydawały się nie do przejścia, dziś stają się śmiesznym wspomnieniem. Dziesięć lat temu nie myślałem, że tę właśnie rocznicę będę świętował w Opolu, jako proboszcz parafii i przełożony wspólnoty. Aż się boję, co jeszcze Bóg mi przygotował, do czego mnie zaprosi. Wtedy niewiele osób wiedziało o moim istnieniu, dziś jadę ulicami miasta na rowerze i ludzie mi się kłaniają, pozdrawiają mnie, mówią mi miłe rzeczy. A ja dalej jestem tym samym chłopakiem, tylko dziesięć lat starszym.

Dzisiejsze czytania są dla mnie mocną przestrogą i zarazem nadzieją, że nie ja mam ten wózek pchać, ale to On pcha. I wózek i mnie.

Tak pisałem rok temu -> KLIK.

Jacek, z którym byłem święcony, a z którym idziemy razem już 21 lat, odkopał w swoim archiwum zdjęcia z tego dnia. Zapraszam Was na małą wycieczkę z obrazem i krótkim komentarzem (kliknij na zdjęcie – powiększy się).


Stoimy jako kandydaci do święceń. To ważny symbol. Nie jesteśmy jeszcze w prezbiterium, Kościół przez biskupa wybiera nas do święceń, do tego, by być dla innych. Czasem się o tym zapomina, o tym, że my nie z księżyca spadliśmy, ale jesteśmy ludźmi, dla ludzi.


Twarz 10 lat młodsza. Jeju, jak ja się wtedy bałem, a zarazem tak się cieszyłem. Kompletnie nie wiedziałem w co wchodzę, jak będzie…


Przyrzeczenie posłuszeństwa biskupowi i przełożonym. Nie tylko poprzez śluby zakonne, ale i w momencie święceń. Kapłaństwo nie jest dla mnie, jest dla Kościoła. W kapłaństwie nie ja decyduję, ale ktoś mnie posyła, bo wie lepiej. Nie, to co przełożony mówi, nie jest wolą Bożą, ale moim obowiązkiem jest szukać w tym, co mówi woli Boga. Jeśli jej nie znajdę – będę nieszczęśliwy.


Mówią, że to najwznioślejszy moment. Niekoniecznie. Wtedy raczej jest moment dla siebie. Zostajesz na chwilę sam z sobą i z Bogiem. Nie ma w tym wzniosłości, ale jest intymność. Być ze sobą, swoimi myślami, bardzo prozaicznymi. Ważne jest, że wtedy Kościół modlił się za nas. Za mnie.


Prosty gest nałożenia rąk. „Ten” moment. Teraz się to dzieje. Żadnych słów, tylko chwila gestu. O kapłaństwie i całej otoczce tak wiele się mówi, a to coś przychodzi w tych kilkudziesięciu sekundach. Dziękuję.


Kilka dni temu ubierałem ornat Wojtkowi. Dziesięć lat temu, mi zakładał Jakub. Nikt wtedy nie myślał, że będzie naszym prowincjałem. Pamiętam jak dziś, że kiedy mnie przytulił, to powiedziałem mu: „Kuba, ja nic nie czuje”. Uśmiechnął się tylko i odpowiedział: „tak już będzie zawsze”. Jest.


Oleje. Od tamtej pory i ja ich używam. Przy chrzcie i namaszczeniu chorych. Olej na moich dłoniach, to nic innego jak świadomość, że On mnie namaszcza. Nie ja siebie, ale On.


Dostałem dary od biskupa, które otrzymaliśmy od ludzi Kościoła. Wtedy je dostałem, a dziś każdego dnia zwracam, ale przemienione.


Znak pokoju. Od biskupa Jana. Pamiętam, że pięć lat temu spotkałem go na plantach. Jechałem na rowerze, miałem króciutkie spodenki, byłem spocony, lekko śmierdzący. On szedł w marynarce, z torbą. Minąłem go i uświadomiłem sobie kogo minąłem. Zawróciłem, zahamowałem koło niego. Chyba się przestraszył. Przywitałem się i mówię Mu: nazywam się Grzegorz Kramer i jestem jezuitą. Chciałem księdzu biskupowi podziękować. „Za co?” Za to, że pięć lat temu mnie ksiądz wyświęcił. Popatrzył na mnie, uśmiechnął się i powiedział: „to może być, bo ja różne dziwadła święciłem”. Od tamtej pory poznaje mnie. Spotkałem go w sobotę, po dziesięciu latach znów świecił naszych. Tym razem Woja. Postarzał się mocno. Bardzo za niego dziękuję.


Nasz pierwsza Eucharystia. Była III Modlitwa Eucharystyczna. Pamiętam, że kiedy dostałem Pana Jezusa na ręce, na Baranku Boży, to trzymałem go nad ołtarzem, by nie upuścić i wszystko zniknęło dookoła. Był On i ja.


Pierwszy raz w życiu nie oponowałem, kiedy mnie wybrano do podziękowań. Bardzo chciałem w tym dniu mówić. Dlatego, że bardzo chciałem wspomnieć (co zrobiłem) o Robercie Lorku SJ. Koledze z roku wyżej, który był święcony rok wcześniej, a w październiku już nie żył. Pamiętam, że kiedy wspomniałem Roberta była bardzo mocna cisza…


Biskup Jan wyświęcił tego dnia pięciu jezuitów. Jacka, Pawła, Roberta, Jurka i mnie. Proszę o modlitwę za nas.